Koncert symfoniczny

Piątkowy, wiosenny wieczór rozpoczął się w Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej bardzo klasycznie, bo od znanego Adagio na smyczki Samuela Barbera. Pierwsze wykonanie, jeszcze bez Piotra Tarcholika, zagrane jednoznacznie, potrafiło na dobre wtopić słuchaczy Filharmonii w fotele i aż do antraktu skupić ich uwagę. Kilka słów o muzyce, którą dane było skosztować gościom tego wieczoru, pozwoliło na przypomnienie sylwetki autorów prezentowanych kompozycji. W kolejnej części wieczoru, Koncercie skrzypcowym op.14 na scenie zagościł już Piotr Tarcholik. Razem z nim skład powiększył się między innymi o puzon i fagot oraz bęben. Drugi utwór rozpoczął się tak, jakby każde uderzenie smyczka świętowało. Wydawało się, że nawet na twarzach członków Orkiestry Filharmonii maluje się wzruszenie.

Solowa gra skrzypiec przeplatała się tu aż do antraktu z wyłaniającym się co chwilę fortepianem. Powtarzające się frazy nie dały mi o sobie zapomnieć jeszcze długo po koncercie. A skrzypce w rękach Piotra Tarcholika pozwalały przenieść się w świat poezji dźwięków. Chwilami solowe skrzypce wydawały się czekać, aż pozostała część orkiestry wrośnie w nie dźwiękami na tyle, żeby mogły, docierając do najwyższych rejestrów, wydobyć melodię.

Sala Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej wpływała w kolejne części koncertu niczym w pościg, który fundował wyobraźni widzów wiele przyjemnych i wartkich pejzaży muzycznych. I po chwili skrzypce, które na początku odzywały się nieśmiało, dowodziły nastrojowo reszcie orkiestry. A ostatni utwór przed antraktem, utwór bisowy w wykonaniu Tarcholika, pozwolił pierwszym smyczkom zaserwować publiczności wyśmienity muzyczny podwieczorek.  

Zaraz po antrakcie, w czteroczęściowej kompozycji V Symfonii B-dur Franza Schuberta, orkiestra rozbrzmiała w tempie allegro. Publiczność Filharmonii była widocznie zadowolona z wyboru, bo ryzykując skupienie muzyków klaskała nawet pomiędzy poszczególnymi częściami całej kompozycji. Muzyka Schuberta - dynamiczna, rześka - zrelaksowała publiczność. Tu wiele do powiedzenia miały puzony, często fletowi odpowiadały partie skrzypiec. Z przyjemnością oglądało się również jak dyrygent Jacek Rogala wyszeptuje batutą rytm do fleta poprzecznego.

Trzecia część Symfonii, mocno akcentowana i porywająca, w połączeniu z zagraną po niej czwartą, stworzyły razem romantyczną opowieść, która pozwoliła rozpłynąć się publiczności jak pączkom w maśle.         

Kompilacja zadowolonych słuchaczy gromko oklaskujących wykonawców i usatysfakcjonowanej Orkiestry Symfoniczna Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej pod batutą Jacka Rogala zaowocowała końcowym, bisowym wykonaniem jednej z części V Symfonii.

Patrycja