Polskie gówno

Filmów muzycznych dokonanych w postaci dokumentów, paradokumentów, dokumentów fabularyzowanych, musicali czy rock oper powstało całkiem wiele. I tych z udziałem Beatlesow po Doors Scorsese, czy nasz niezwykle mocny w wyrazie o zespole Miłość. Grzegorz Jankowski (reżyser) oraz Tymon Tymański (scenariusz) utuczyli gatunkowy bigos filmowy - zakisili w jednym formułę dokumentu, fabułę i musical otulony "psychodelicznymi" wizualizacjami. Film jest historią koncertowej trasy undergroundowego zespołu Transistors C klasowej prowieniencji, takimż nieświeżym wyglądem i manierami, lecz odwrotnie proporcjonalnym potencjale muzycznym. Pokazuje nędzę organizacyjną polskiego szoł biznesu, etyczną marność jego postaci (menager w osobie Halamy), notoryczne problemy finansowe wszystkich uczestników tego zgiełku. Pozerstwo miesza się z pazernością i artystowskim kabotyństwem. Z jednej strony Tymański i Brylewski z załogą w roli outsiderów, z wyboru własnego zresztą, bo nasze idee są naszym Bogiem, z drugiej zaś wypindrzeni, przestylizowani oportuniści i konformiści, a ich fetyszem i bożkiem jest Pan Interes. Analogie z naszym rodzimym podwórcem rozrywki miejscami aż nadto czytelne i bynajmniej nie do śmiechu skłaniają. Tutaj widać prawdę i smak piętna tego "pięknego gówna", telewizyjnego świata oderwanego od prawdziwego świata wartości. Tymański i jego scenariusz to szczerość i autentyzm - z tego uszył sztandar dla manifestacji swojego bytu artystycznego i publicznego. Trochę to kokieteryjne, ale znający Tymona wiedzą,że tego nie można jemu odmówić, skromności przewrotnie rozumianej tudzież. Niestety pociąg do autentyzmu rozminął się z materią. W obrazie brakuje mi porządnego montażu, gryzie nonszalancka niechlujność cięć. Kiedy zespół gra na scenie,bije z niej podmuch emocji i jest świetny muzycznie to trzeba dać się tej sytuacji wygrać, nie zaś nagłym cięciem wklejać galopujące gadki, bo już nawet nie monologi. Mija pół godziny filmu i nie wiem tak naprawdę dokąd to wszystko zmierza. Nie wydarza się nic szczególnego co mogłoby zapowiadać określony kurs - to rzeka z wieloma odnogami, brak elementu zaskoczenia, które buduje napięcie w każdej ze Sztuk. Ratuje mnie przed znużeniem poczucie pewnej wartości tkwiącej w muzykach i jego kierowcy - to romantyzm w nich samych i romantyzm ich podróży przez Polskę przaśną i odpychającą jak posowiecki skansen. Zderzają się po drodze z cynizmem i miałkością ludzi rozpartych w fotelach władzy telewizyjnej i organizatorów kultury w terenie. Czai się lęk przed każdym następnym dniem i niepewność bytu, bo przychodzi spać nie tylko z pannami meteorytami, ale i z kolegami w niepewnej kondycji, i jeść ogórki w rewanżu za sztukę. Chaos w głowach bohaterów, pomieszanie w głowach właścicieli dusz i nadal chaos panujący na ekranie. Sądzę, że warsztatowa niedbałość była celem zamierzonym, ale to też skutek nałożonych na siebie wielu czynników, jak brak umiejętności, autocenzury i bezkrytycyzmu w ocenie własnej pracy oraz banalny brak funduszy, skutkiem czego film powstawał aż 7 lat. Bywają dialogi znakomite, prawdziwe w treści wsparte emocjonalnością, ale równolegle kłócą się ze scenami będącymi wydumką, przerostem formy nad treścią i epatowanie treścią żołądkową wiecznie zapitego perkusisty, prowokacyjne buchy ziołowego dymu i ten wąsik dosztukowany Halamie niczym ścierniskowy implant... Ten rodzaj dosłowności czyni widza głupszym, bo zastępuje mu proces interpretacji, odcina od potencjału aluzji i metafor. Do tego megafonowa moc wulgaryzmów, która jest słowną egzaltowaną łopatologią... Pięknie przeklinać sztuką jest, a tu językowa pańszczyzna, Panie... Dosłowność w słowie i w obrazie, wyszydzanie karykaturalnych zjawisk i postaw sztuki nie czyni, choć aktorstwo zawodowych aktorów (Soni Bohosiewicz, Jana Peszka) równoważy nieco zamierzoną i nie zamierzoną nieudolność muzyków naturszczyków. Zaprawdę świetny dokument, momentami. Chwile porywającej muzyki, błyskotliwego i dowcipnego dialogu. Role kobiet dostrzegam - wpisują się w ordynarną manierę dosłowności - girlaski przeplatają się z girlandami a sex jest zerżnięty z planu do obrazu niemal wprost. I dopiero w epilogu film staje się filmowy swoją magią wieloznaczności, jest umysłową chłostą dla naszych zmysłów. Dostajemy popis surrealistycznej błazenady Roberta Brylewskiego. Ostateczny, zdystansowany, pozbawiony mentorskiego poczucia wyższości, komentarz do polskiego gówna. Oczyszczający brud. Brawo za tę scenę! Wytrzęsło mnie na tym filmie, lecz nie wstrząsnęło, za to pejoratywnie pomieszało. Pomimo uchybień, błędów i wypaczeń szczerze kochamy naszych bohaterów, bo są wielcy świadomością swoich słabości i małości.

Errata. Polskie Gówno samym tytułem ma być spektakularnym wyzwaniem-moim zdaniem będzie spektakularną klapą, choć nie jest to moim życzeniem. Ciekawi mnie tylko, skąd tyle przychylności co najmniej, w recenzjach drukowanych i TVP Kultura... Czyżby druga twarz (dno) polskiego gówna? Środowiskowa hipokryzja..?

MZ

Gatunek: Musical, Satyra
Produkcja: Polska
Reżyseria: Grzegorz Jankowski
Scenariusz: Tymon Tymański
Obsada: Tymon Tymański, Robert Brylewski, Grzegorz Halama, Arkadiusz Jakubik, Sonia Bohosiewicz, Jan Peszek, Marian Dziędziel, Czesław Mozil